Kaliningrad. 400-tysięczna stolica kalinigradskoj obłasti nad Morzem Bałtyckim, Bóg jeden raczy wiedzieć, czemu wciśniętej między Litwę a Polskę rosyjskiej enklawy, pozostałości Układu Warszawskiego w natowskiej strefie wpływów. Założone w 1255 roku jako Koenigsberg, z polska zwane Królewcem, miasto Immanuela Kanta nie miało szczęścia do okupantów. Najpierw zbombardowane, a potem dobite przez niezwyciężoną Armię Czerwoną i odbudowane zgodnie z duchem nowych czasów należy dziś do najbrzydszych miast na świecie.
Na przejściu granicznym w Mamonowie dostajemy dokumenty do wypełnienia. O zwyczajach panujących wśród celników dużo mówi wielki napis „WYDAJETSA BEZPŁATNO”, wydrukowany w centralnym miejscu. Procedura trochę trwa, ale w końcu przechodzimy przez bramkę. Z okien autokaru najpierw widzę drut kolczasty, a potem tablicę, głoszącą: „Welcome to Russia”. No tak.
Zwiedzamy. Punkt pierwszy to pomnik Kanta pod uniwersytetem jego imienia. Budynek uczelni, wciśnięty między bloki, przywodzi na myśl któreś z białostockich, osiedlowych liceów.
Na miejscu Zamku stoi siedziba nowych władz i symbol nowych czasów. Dom Sowietów wciąż pozostaje nieukończony, ale ostatnio wstawiono mu okna i otynkowano na błękitno. Szesnaście pięter betonu i ideologii; tam, gdzie dawniej stały miejskie kwartały, dziś jest wielki parking i bazar „Złote Wrota”.
Kolejny punkt to katedra – gdyby nie kilka dających się policzyć na palcach jednej ręki domów, byłby to jedyny zachowany element śródmieścia. Położona na wyspie, mostu do której strzegą sprzedawcy pocztówek, niesamowicie nachalni. Przypominają w tym trochę Arabów z turystycznych kurortów, ale tamtym wystarczy raz podziękować z uśmiechem, by Ci nie machali towarem przed nosem i nie zakrzykiwali prób konwersacji. Most jest obwieszony kłódkami, na których wygrawerowano imiona kochanków. Zgodnie z tradycją, klucz do takiej kłódki po jej zawieszeniu należy wrzucić do Pregoły.
Katedra nie pełni funkcji sakralnych – nie licząc maleńkiego sklepiku z dewocjonaliami, rawosłai. W wieży urządzono muzeum, w głównym wnętrzu – salę koncertową, gdzie można posłuchać specjalnie sprowadzonych z Niemiec organ.
Upał naprawdę dawał się we znaki. Naturalnym jest, że w tej sytuacji turysta szuka ochłody w cieniu pobliskiego parku. Mechaniczny rzut okiem przez ramię wyywa z rozleniwienia. Czym jeszcze może zaskoczyć kraj, gdzie 10 metrów od Ciebie mężczyzna bez koszulki, ze złotym kajdanem na karku, wyprowadza na smyczy niedźwiedzia?
Niedźwiadek i jego pan, jak się okazało, pracują w cyrku po drugiej stronie ulicy.
Pod Dworcem Północnym stoją drewniane ławki. Emeryci karmią gołębie, podróżni czekają na pociągi. Siedzę i spokojnie piję piwo Bałtika, kupione po drugiej stronie placu. Błędnie zakładam, że picie alkoholu w miejscach publicznych nie jest zabronione. Jak dowiaduję się później, prawo cywilne zostało znowelizowane, ale nie ponoszę konsekwencji. Znakomite orzeźwienie w 30-stopniowym, czerwcowym upale.
Z pociągu wysiadają młodzi poborowi. Już ostrzyżeni i w mundurach, najbliższe dwa lata spędzą w koszarach i na morzu. Spoglądam na nich i widzę, że jesteśmy w tym samym wieku; jednakże, Matuszka Rossija ani myśli rezygnować z powszechnej służby wojskowej, w przeciwieństwie do Najjaśniejszej RP. Patriotyczny obowiązek, czy współczesna forma niewolnictwa?
Po drodze do hotelu mijamy jeszcze mury miejskie, poszatkowane ulicami, i dzielnicę rządową. Najbardziej okazały pałac, z pomnikiem Piotra Pierwszego, wskazującego palcem kierunek inwazji, zajmuje naturalnie dowództwo Floty Bałtyckiej. Przed pójściem spać należy jeszcze wyjechać z miasta na obwodnicę. Dostępu do niej strzeże posterunek milicji, tak na wszelki wypadek.
Pozdrowienia z Rosji. Asystowanie przy pilotowaniu wycieczek to bardzo pouczające zajęcie.
Czerwiec 2009