Kaliningrad. 400-tysięczna stolica kalinigradskoj obłasti nad Morzem Bałtyckim, Bóg jeden raczy wiedzieć, czemu wciśniętej między Litwę a Polskę rosyjskiej enklawy, pozostałości Układu Warszawskiego w natowskiej strefie wpływów. Założone w 1255 roku jako Koenigsberg, z polska zwane Królewcem, miasto Immanuela Kanta nie miało szczęścia do okupantów. Najpierw zbombardowane, a potem dobite przez niezwyciężoną Armię Czerwoną i odbudowane zgodnie z duchem nowych czasów należy dziś do najbrzydszych miast na świecie.

Na przejściu granicznym w Mamonowie dostajemy dokumenty do wypełnienia. O zwyczajach panujących wśród celników dużo mówi wielki napis „WYDAJETSA BEZPŁATNO”, wydrukowany w centralnym miejscu. Procedura trochę trwa, ale w końcu przechodzimy przez bramkę. Z okien autokaru najpierw widzę drut kolczasty, a potem tablicę, głoszącą: „Welcome to Russia”. No tak.

Zwiedzamy. Punkt pierwszy to pomnik Kanta pod uniwersytetem jego imienia. Budynek uczelni, wciśnięty między bloki, przywodzi na myśl któreś z białostockich, osiedlowych liceów.

Na miejscu Zamku stoi siedziba nowych władz i symbol nowych czasów. Dom Sowietów wciąż pozostaje nieukończony, ale ostatnio wstawiono mu okna i otynkowano na błękitno. Szesnaście pięter betonu i ideologii; tam, gdzie dawniej stały miejskie kwartały, dziś jest wielki parking i bazar „Złote Wrota”.

Kolejny punkt to katedra – gdyby nie kilka dających się policzyć na palcach jednej ręki domów, byłby to jedyny zachowany element śródmieścia. Położona na wyspie, mostu do której strzegą sprzedawcy pocztówek, niesamowicie nachalni. Przypominają w tym trochę Arabów z turystycznych kurortów, ale tamtym wystarczy raz podziękować z uśmiechem, by Ci nie machali towarem przed nosem i nie zakrzykiwali prób konwersacji. Most jest obwieszony kłódkami, na których wygrawerowano imiona kochanków. Zgodnie z tradycją, klucz do takiej kłódki po jej zawieszeniu należy wrzucić do Pregoły.

Katedra nie pełni funkcji sakralnych – nie licząc maleńkiego sklepiku z dewocjonaliami, rawosłai. W wieży urządzono muzeum, w głównym wnętrzu – salę koncertową, gdzie można posłuchać specjalnie sprowadzonych z Niemiec organ.

Upał naprawdę dawał się we znaki. Naturalnym jest, że w tej sytuacji turysta szuka ochłody w cieniu pobliskiego parku. Mechaniczny rzut okiem przez ramię wyywa z rozleniwienia. Czym jeszcze może zaskoczyć kraj, gdzie 10 metrów od Ciebie mężczyzna bez koszulki, ze złotym kajdanem na karku, wyprowadza na smyczy niedźwiedzia?

Niedźwiadek i jego pan, jak się okazało, pracują w cyrku po drugiej stronie ulicy.

Pod Dworcem Północnym stoją drewniane ławki. Emeryci karmią gołębie, podróżni czekają na pociągi. Siedzę i spokojnie piję piwo Bałtika, kupione po drugiej stronie placu. Błędnie zakładam, że picie alkoholu w miejscach publicznych nie jest zabronione. Jak dowiaduję się później, prawo cywilne zostało znowelizowane, ale nie ponoszę konsekwencji.  Znakomite orzeźwienie w 30-stopniowym, czerwcowym upale.

Z pociągu wysiadają młodzi poborowi. Już ostrzyżeni i w mundurach, najbliższe dwa lata spędzą w koszarach i na morzu. Spoglądam na nich i widzę, że jesteśmy w tym samym wieku; jednakże, Matuszka Rossija ani myśli rezygnować z powszechnej służby wojskowej, w przeciwieństwie do Najjaśniejszej RP. Patriotyczny obowiązek, czy współczesna forma niewolnictwa?

Po drodze do hotelu mijamy jeszcze mury miejskie, poszatkowane ulicami, i dzielnicę rządową. Najbardziej okazały pałac, z pomnikiem Piotra Pierwszego, wskazującego palcem kierunek inwazji, zajmuje naturalnie dowództwo Floty Bałtyckiej. Przed pójściem spać należy jeszcze wyjechać z miasta na obwodnicę. Dostępu do niej strzeże posterunek milicji, tak na wszelki wypadek.

Pozdrowienia z Rosji. Asystowanie przy pilotowaniu wycieczek to bardzo pouczające zajęcie.

Czerwiec 2009

Za oknem ucichły już dźwięki imprezy u sąsiadów. Jest tylko 6 stopni na plusie – na całonocne biesiady przyjdzie więc jeszcze poczekać. Nic tak nie pomaga w śnie letnią porą, jak muzyka disco-polo (przeżywająca w Polsce spektakularny come-back) i dźwięk stukających o siebie butelek z piwem. Zwłaszcza, jeśli latem Twój pokój na poddaszu, z zewnątrz kryty blachodachówką, jest tak nagrzany, że po prostu musisz spać przy otwartym oknie.

Ze zrezygnowaniem sączę piwo i patrzę na przepisane dziś wieczór notatki. To dopiero 1/9 materiału, a Word bezlitośnie wyświetla 4 strony przy interlinii 1. Nie ma szans się wyrobić, moją jedyną nadzieją jest trafić w pytania. Współczesne Teorie Socjologiczne – zdaniem mgra B.K., „przedmiot, którego zdanie jest równoznaczne z ukończeniem tych studiów”. Roboczo rozwijamy na naszym roku ten skrót jako Wielką Twardą Stuleję.

Teoretycznie został tydzień, praktycznie – trzeba pozaliczać fakultety, oddać projekt badawczy, odbyć szkolenie dla członków komisji wyborczych (załapałem się, a jak – 160 zł piechotą nie chodzi), a nade wszystko – przygotować turniej. To wymaga przeniesienia blatów w liczbie 50, każdy muszą nieść dwie osoby, rozstawienia ławek, załatwienia nagłośnienia, zrobienia zakupów, wydrukowania mapek i kart graczy, odebrania gości z dworca (szykuje się rekord frekwencji), przenocowania ich, zapewnienia rozrywek, sędziowania, nagród, wyżywienia i tysiąca innych rzeczy. Proceder cudownie męczący, nie niosący żadnych korzyści i satysfakcjonujący jak żaden inny – startowaliśmy od kompletnego zera, bez sprzętu i doświadczenia. Dzięki uporowi mamy całe potrzebne zaplecze, znakomite warunki do gry, renomę i najważniejsze – prawo do organizacji Mastera w sezonie 2009/2010. Ten – już w grudniu. Trzy lata żeśmy się o to starali, walcząc z uprzedzeniami i koalicją Polski zachodniej, wyjątkowo opornie jeżdżącej dalej, niż do Konina („Na wschód od Konina, Azja się zaczyna!”). Zachowując proporcje – dla światka WFB to wydarzenie porównywalne z awansem Jagiellonii do Ekstraklasy, rozpoczęciem budowy Rail Baltici (bo Via… chyba nigdy nie powstanie), czy transmitowaniem lokalnych Juwenaliów na żywo przez ogólnopolską TV (co dotąd nie nastąpiło). Damy radę. Bo kto, jeśli nie my? Wszak „chłopaki z Białego robią najlepsze turnieje w kraju” :). Mogliby jeszcze zacząć najlepiej zdawać egzaminy i kolokwia…

Kolejny pomeczowy poniedziałek, kolejny odcinek audycji sportowej o wdzięcznej nazwie „Dogrywka”. W studio Akadery kończymy z Michałem rozmowę z Dariuszem Jareckim – lewym pomocnikiem Jagi. Słuchawki z uszu, uścisk dłoni – i punkt nieprzewidziany. Okazuje się, że Michał ma znajomego 12-latka, który strasznie mocno kibicuje i bardzo, ale to bardzo chciałby dostać autograf. Rozmówca przez chwilę się zastanawia i odmawia. Odmawia, bo po co dzieciakowi podpis na jakiejś wyrwanej kartce z zeszytu? W końcu klub niedawno dał zawodnikom takie fajne widokówki, przecież przyjemniej jest dostać coś takiego. Szkopuł w tym, że nasz gość ma je w domu, ale nie ma sprawy – podpisze i podrzuci nam do studia.

Panie Darku, wiem, że nigdy Pan tego nie przeczyta, ale – szacuneczek. W takich sytuacjach wraca mi wiara w ludzi.

Czeczetkowicz, Ty gnido – obyś do końca życia pozostał nikim, dokładnie tak jak teraz.

Jeśli ktoś uznaje klip za zabawny, to informuję, że główny bohater jest chory psychicznie. Co gorsze, miał nieszczęście spotkać na swojej drodze dwójkę politycznych hochsztaplerów, którzy pod sztandarami partii o tak wdzięcznych nazwach jak „Podlasie XXI wieku” starają się go umieścić w jakichkolwiek władzach. Dzięki polskiej ordynacji wyborczej, gdy przyciągną wystarczająco dużo wyborców, sami mają szansę wskoczyć z drugiego miejsca. Dalej jest śmiesznie? Krzysztof K. jakiś czas temu odbył z łysiejącym panem z filmiku tournee po lokalach w całej Polsce, gdzie we własnym mniemaniu prezentował program, a tak naprawdę był wytykany palcami jak przysłowiowa kobieta z brodą, bynajmniej nie odbyło się ono charytatywnie. Przykre to i smutne.

Zjawisko, jakie stworzono z Krzysztofa Kononowicza obnaża wszelkie słabości demokracji. Piękne jest założenie, że wystartować i zdobyć stanowisko może każdy, dopóki nie stajemy wobec takiego kandydata jak on. Szlachetna jest idea, według której każdy obywatel ma równą siłę głosu – dopóki głosuje świadomie, a nie po obejrzeniu filmiku na Youtube, bo „zwała i dobre gnicie”. Fajnie, że dzięki Internetowi, który bardzo cenię, każdy ma szansę dotrzeć ze swoim przekazem do mas – szkoda, że dotyczy to również ludzi pokroju pana w marynarce stojącego po lewej.

Mam tylko nadzieję, że jakaś sprawiedliwość na tym świecie istnieje i operacja „Krzysztof K.” odbije się swoim kreatorom czkawką.

PS. Więcej na ten temat.

Forma wpisu daleka od doskonałości, ale tak to jest o późnej porze, przy głębokim zniesmaczeniu…

Przynajmniej póki co.

Z braku czasu i natłoku egzaminów poprawkowych ograniczam się tym razem do linka i chałupniczego tłumaczenia  – tylko upraszam o wyrozumiałość.

gdy nagle poczujesz zapach miejskich ścieków
i życie Ci przywali w ciemię
zrozumiesz dobrze, że od wielu wieków
trzy żółwie wciąż ciągną naszą Ziemię.

kiedy wyjdziesz na miasto, albo udasz się w góry
i zerwiesz kontakty z ludźmi
zrozumiesz dobrze, że dziś, jak i wczoraj
stoimy na trzech wielorybach

hej, lalala laj, Ty nie czekaj,
nic się samo nie zmieni
hej, lalala laj, Ty nie czekaj,
Ty nie czekaj.

nie było Marleya i Galileusza,
nie było Salvadora Dali
ani Lenina, czy Lennona, czy też Lineusza
a trzy żółwie pod nami – były

hej, lalala laj, Ty nie czekaj,
nic się samo nie zmieni
hej, lalala laj, Ty nie czekaj,
Ty nie czekaj.

by kochać Białoruś, naszą jedyną matkę,
trzeba zwiedzić inne kraje,
wtedy zrozumiesz, że tam, pod Twoimi nogami,
nieruchome trzy słonie stoją.

hej, lalala laj, Ty nie czekaj,
nic się samo nie zmieni
hej, lalala laj, nikt już nie czeka,
Ty także nie czekaj.

Po trzech miesiącach wiem już dużo więcej o puszczaniu dźwięków w eter. Sondy uliczne nie są stresem, lecz rutyną. Zaczepianie obcych ludzi nie owocuje ściśniętym gardłem i skaczącym pulsem, a odmowa udzielenia wypowiedzi nie jest już przykra – spływa niczym woda po gęsi.

Moje generalnie dobre zdanie o urzędnikach państwowych trochę się pogorszyło. Im wyżej w hierarchii, tym większa bufonada i schamienie, choć to też pewnie zależy od osobistej ilości słomy w butach.

Rozczarowanie rzeczywistością, która miała nie wytrzymać konfrontacji z wyobrażeniami nie nastąpiło, choć ostrzegali. Zawrócenie z obranej drogi na tą chwilę mi nie grozi.

Nie mam z tej pracy nic, prócz niewyspania, wielkich dawek stresu, nowych doświadczeń i satysfakcji. Mimo to, podoba mi się straszliwie. Zdarzyły się i wpadki, z których się bardzo cieszę. Rzecz jasna dlatego, że się nie powtarzają. Apogeum nadciśnienia przypadło na mój pierwszy dyżur newsowy, podczas którego mierzyłem się nie tylko z brakiem materiałów, ale też z padającym sprzętem, gdy do emisji zostawało pięć minut. Strach, nerwy? Jasne, że tak. Ale też wielka satysfakcja. „Wiesz, tak już jest, że jak kogoś zielonego się rzuca na głęboką wodę, to albo utonie, albo popłynie. Ty dziś popłynąłeś.”

Aczkolwiek wiem również, że przyda mi się praca nad techniką.

-Panie, wszystko okej?!

-….?

-Słyszy mnie Pan?!

-……no.

-Cały jesteś?! Złamałeś coś?!

-……….upadłem.

Wyjmuję telefon, wybieram 112.

-……nie zwoń, nie zwoń.

W sumie, czemu nie. Niech koleś ma coś z życia i nie płaci 250 zł za nocleg w najdroższym hotelu w mieście, pomyślałem. Rozłączam się. Trzy-cztery. Wstajemy.

Zapach jest odrażający. Moment zawahania – dobra, potem się umyję. W końcu człowiek, trzeba pomóc.

Pion odzyskany. Pomagający mi przechodzień podpiera bezimiennego brodacza, którego stanie w miejscu zdaje się przerastać.

-Stoisz? Dojdziesz do domu?

-….dojdę, dojdę.

Idzie. Lewa, prawa, lewa, prawa, w lewo, w prawo, w leeewo, w praaaaaaawooooo, gleba.  Do pełni wrażeń artystycznych zabrakło tylko telemarku.

Tym razem nie mam już skrupółów. Wyjmuję telefon i oddaję cesarzowi, co cesarskie.

Jest 25.12, dzien narodzenia Mitry. Cztery dni temu miało miejsce przesilenie zimowe, wyczekiwane przez takich jak ja niekiedy bardziej, niż wakacje letnie w podstawówce. Na razie jeszcze tego nie zauważamy, zajęci świętowaniem – obżarstwem, opilstwem i udawaniem, że z częścią krewnych łączy nas coś więcej, niż przyzwyczajenie. Tymczasem on triumfuje i tylko czeka, aż wróci na należne miejsce – z każdą dobą, dzień staje się coraz dłuższy. Wraca energia, trzeźwość umysłu, spada poziom agresji i cynizmu; po prostu udręczony brakiem światła organizm zaczyna prowadzić normalną gospodarkę hormonalną.

Niemal równo przed rokiem zmusiłem się do napisania listy zamierzeń na 2008. Wpis mocno zaniżył poziom, ale nie przeszkadza mi to rozliczyć się z własnymi oczekiwaniami sprzed roku :).

„zdobędziemy medal na Euro 2008 (a tak!)” – kahem. Przynajmniej fajnie oglądało się mecz z Austrią u Karola, nawet pomimo wyczynu sędziego Webba, który w ostatecznym rozrachunku i tak nie miał znaczenia dla naszego występu na imprezie. Miał za to niebagatelny wpływ na tzw. styl odpadnięcia i samopoczucie kibiców.

„już za około dwa miesiące ilość światła słonecznego wróci do akceptowanego przez normalnego człowieka poziomu” – notabene, muszę sobie kupić mocniejsze żarówki do pokoju.

„Jagiellonia utrzyma się w OE” – utrzymała. A od wiosny wraca Tomek Frankowski, którego zawsze chciałem zobaczyć na Słonecznej. Parę lat temu, wprost nie do pomyślenia.

„po raz pierwszy za mojego życia, rząd, na który głosowałem uchwali własną ustawę budżetową. :)” – dobry nastrój skutecznie psuje w tym względzie urzędujący Pan Prezydent. Zmiana Konstytucji i klarowny podział władzy wydaje się nieodzowny, aby państwo polskie mogło skutecznie funkcjonować.

„parę ciekawych inwestycji w moim mieście w końcu będzie ukończonych” – remonty ulic są na ukończeniu, co jednak wciąż oznacza konieczność stania w korkach. Galerie handlowe na najbliższych kilka(naście) miesięcy wstrzymały ofensywę, Rynek Kościuszki wciąż czeka na ukończenie – oby do lata. Pozostaje odliczać dni do powstania Stadionu Miejskiego i budowy Galerii Jagiellońskiej.

„już niedługo z głowy będziemy mieć killer-sesję” – no i mamy. Za pasem czai się kolejna, której boję się nawet trochę bardziej.

„…to zachowam dla siebie.” – :). Jest dobrze.

„A ja? 01.01.2009 nie będę zaczynał w ten sam sposób. Bo zacznę wreszcie doprowadzać do końca to, za co sie wezmę. A potem przyjdą wódka, dziwki i cygara :].”

Przyszła wygrana w teleturnieju, staż w Radiu, miejsce w Samorządzie wydziałowym i działalność w NZS Białystok. Do tego parę zajebistych wyjazdów (Poznań, Łódź – w szczególności), rozwój mojego dziecka, z którego jestem groteskowo dumny, jak ktoś mi niedawno powiedział, zaniedbanie gry na gitarze, wywalone w kosmos praktyki studenckie, parę pomysłów na życie, poukładanie kilku spraw i zaczęcie nowych rozdziałów… myślę, że całkiem nieźle. Nie miałem dotąd lepszej końcówki roku. Nawet pomimo wielu pobudek, przy których zmęczony natłokiem spraw byłem w stanie wymruczeć co najwyżej rozkoszne „ja pie**olę…”.

***

18 grudnia 2008. Jesteśmy w Gwincie na cojesiennym koncercie Kultu. Kazik daje z siebie wszystko, publika ochoczo wpada w trans, ale tym razem nie jestem z nią. Stoję z boku. Mdli mnie zapach człowieka stojącego za mną, wkurza tłok, obrzydza pot kapiący z sufitu. Nagłośnienie w końcu zostało tak uregulowane, aby możliwe było rozróżnienie słów piosenek. Gwint po remoncie zmienił kolory – to wciąż ten sam klub, ale nie taki sam. Zwłaszcza, że mam w końcu rozeznanie, co się dzieje w pomieszczeniach za ścianą. Publika taka sama, ale nie ta sama.

Starzejemy się, niestety coraz szybciej – świadomość tego jest bardzo dokuczliwa.

Słuchamy.

sl731724

4 dni. 3 środki lokomocji. Dwa miasta. Pięciu Frontowców. Dwie dawno niewidziane koleżanki… genialny weekend w Poznaniu.

Wyjeżdżam w czwartek po południu. Przede mną 6,5h podróży ze Starostą (nomen omen). Przedłużające się remonty białostockich ulic o mały włos nie spowodowały, że nie zdążyłbym na umówiony pociąg, ale szczęśliwie wbiegam do przedziału na kilka minut przed odjazdem. Mam ze sobą śpiwór, plecak, piwo, figurki i torbę na ramieniu. Wysiadając, zapomnę śpiwora i prawie zostawię też walizkę z figurkami, a to już byłaby prawdziwa tragedia. Ale to jeszcze nie teraz. Na razie przysypiam, aż do kontroli biletów za Szepietowem.

Wybity ze snu, chowam podstemplowany –w Wielkopolsce powiedzieliby: podbity –bilet do kieszeni. Moi współpasażerowie rozkręcają się z minuty na minutę. Rozmawiamy o Jagiellonii, drogach w Europie, o ciężkim losie i wysokich zarobkach kierowców tirów, o samochodach, również o życiu studenckim Pana siedzącego najbliżej drzwi. Rozmówcy wyglądają tak, jak powinni wyglądać pasażerowie pociągów, wchodzący w podobne gadki: po 40tce, niektórzy z wąsami. Wydatne beercepsy i fryzury a’la późny Kazimierz Deyna.

W Warszawie wsiada Paweł. Ekwipunek ma dość podobny, nie licząc miłego bonusu: piwa i kolacji z McDonald’s. Kapsle lecą pod siedzenia, gadamy, wychodzimy na korytarz.

Poznań. Absolutnie się nie dziwię, że PKP planuje postawić nowy dworzec kolejowy na miejscu starego; z każdym kolejnym dniem jest to temu miastu coraz bardziej potrzebne.

Po lewej widzimy Międzynarodowe Targi Poznańskie, gdzie już pojutrze odbędzie się PGA. Na razie szukamy taryfy – szybki rzut oka na cenniki potwierdza słowa Justyny, że ci pod dworcem przycinają bezwstydnie; decydujemy się zamówić transport telefonicznie.

Dopiero trzeci numer, wybrany przez nas, okazuje się poprawny. Po 5 minutach jest nasz kierowca, w samą porę, by móc bez większych wyrzutów sumienia spławić miłośnika taniego wina, który się do nas przyczepił.

Jesteśmy u Justyny. Dawno się nie widzieliśmy, jest o czym gadać i czym uczcić spotkanie. Po chwili dołączają jej współlokatorzy i robi się sympatycznie. Wychodzimy na stację po wino „Don Kichot”; Przepraszam, czy aby z La Manczy? – Nie mam pojęcia, proszę Pana.

Pobudka jest bolesna, ale trzeba wyjść o przyzwoitej porze; miasto wszak czeka. A w mieście czeka Olka, nasza kolejna przewodniczka. Udajemy się na przystanek PeSTki, po drodze podziwiamy galerię Poznań Plaza, której architekt chyba przedawkował LSD w procesie tworzenia.

Za Starym Browarem jest już Olka. Z daleka pozdrawiam ją starym, licealnym gestem i idziemy we trójkę do baru mlecznego, gdzie jem naleśniki meksykańskie z kiszonymi ogórkami. W pubie „Proletaryat” dołącza Justyna, która właśnie skończyła zajęcia.

Centrum Poznania to naprawdę nic specjalnego; owszem, jest Starówka, jest Rynek, jest Ratusz, ale wszystko to strasznie szare i zaniedbane. Sprawia przygnębiające wrażenie i nie zachęca do przebywania tam. Rynek nie jest za duży i jestem pewien, że białostocki po przebudowie nie będzie mu ustępował.

Powoli kończymy wycieczkę, jeszcze tylko Stary Browar, gdzie kupuję rogale marcińskie (pycha!), które będę wiózł w torbie już do końca pobytu. Centrum handlowe jest naprawdę imponujące, zwłaszcza z zewnątrz. Różnica między Alfą, a Browarem, jest mniej więcej taka, jak pomiędzy Jagiellonią a Lechem, nic nie ujmując mojej ukochanej drużynie.

Czas na obiad u Justyny, przed którym prezentuję nowatorską metodę obierania cukinii, ale rehabilituję się gotując makaron. Bagaże w dłoń i do Leśnika!

Leśnik mieszka na Jeżycach. Wejście do kamienicy podtrzymują dwa drewniane bale. Klimat.

Gospodarz to równy chłop i gadka z nim należy do przyjemności. Niedługo później zaczynają się schodzić battlowcy – Legionowo, Warszawa, a na końcu wejście smoka robi reszta chłopaków z Białegostoku. Robimy zakupy i rozpoczynamy zaprawę przed turniejem. Oczywiście, już wszyscy wiedzą, gdzie wystąpiłem i ile wygrałem, ale reakcje są bardzo miłe.

Gospodarze mają zamiłowanie do hodowli zwierząt. W salonie jest terrarium z ptasznikiem, a w pokoju, w którym piliśmy, jak się okazało, pudło z pytonem. Nie jestem w stanie się przełamać i zrobić sobie zdjęcia z którymkolwiek z nich.

O 9 rano jesteśmy już na PGA i zaczynamy bitwy. Bitwy jak bitwy, wyniki też tradycyjnie słabe, ale konwent miażdży i nie bierze jeńców. Po raz pierwszy w Polsce byłem na evencie tej skali i klasy. Wystawcy wyraźnie traktują polski rynek coraz poważniej i tak być powinno. Międzynarodowe Targi Poznańskie to wymarzone miejsce do organizacji takiej imprezy – przestrzeń, położenie w centrum miasta, profesjonalizm! Jestem urzeczony.

Współczułem hostessom. Z pewnością dobrze im płacą i nikt ich nie zmuszał do wzięcia akurat tego zlecenia, ale starcie z pryszczatymi, długowłosymi nerdami nie musiało być przyjemne. Do tego uściski, fotografie, filmiki; podziwiam cierpliwość. Z ciekawostek – jedna firma wynajęła nawet Murzynki, a Microsoft na koniec imprezy zafundował pokaz tańca w klatce, w scenerii obficie ściekającej na parkiet śliny. Zresztą, to właśnie ta firma zatrudniła najlepiej rozebrane hostessy, co wpisuje się najwyraźniej w ich strategię marketingową.

Nocleg w akademiku, mała impreza z Warszawą i Pomorzem, a potem spotkanie pierwszego stopnia z wędrownym senseiem, (wice)mistrzem boksu, który zawodówkę skończył w wieku 12 lat, jak wynikło z naszych obliczeń. Polecał nam film nakręcony w XVIII w. przez mnichów Shaolin, na którym pokazują 133 sposoby na zabicie człowieka (jak zapewniał, „autentycznie sfingowany”), ale nie skorzystaliśmy z zaproszenia. Chodziło mu chyba o hałasy, ale pewności nie mamy, w każdym razie śmiechu z niego było co niemiara – a najwięcej z tego, że się nawet specjalnie nie zorientował w tym.

W niedzielę kończymy turniej. Udaje mi się złapać Szamana i Szyndlera, co być może zaowocuje współpracą w Białymstoku, ale nie dzielmy skóry na niedźwiedziu. Czas na zdjęcia, wyniki i puchary. Dziękujemy Strefie Zero i udajemy się na Jeżyce, gdzie czeka już zaparkowany Daewoo Matiz Karola. Po załadowaniu, mamy problem nawet z ułożeniem rąk, a przed nami 500 km w samochodzie wypchanym po sam dach. Przy wjeździe na autostradę zaczynam odbierać smsy, właśnie trwa emisja mojego odcinka. Dzięki, kochani jesteście :*

W Białymstoku jestem o 2:30 w nocy. Wykończony, ale szczęśliwy. Oddając głos Pawłowi: te 4 dni były genialne, a teraz czas na powrót do szarej rzeczywistości. Ale też, z drugiej strony, jeśli już się teleportować na tak długi czas do innego świata, gdzie boli głowa, chodzą ptaszniki, pełzają pytony, a za rogiem czają się wicemistrzowie boksu – to tylko w tym składzie.

Zawiedziony funkcjonalnością blox.pl, przeniosłem swoje pisanie na WordPress. Mam nadzieję, że moja częstotliwość publikacji dzięki temu wzrośnie :).

Teksty poniżej są mojego autorstwa i powstawały od ~roku.

Hotel „Krakus” położony jest niemal na rogatkach pięknego Krakowa, w jego mniej pięknej części, czyli Nowej Hucie. To przebudowany blok mieszkalny, do którego nie można się specjalnie przyczepić. Być może pokoje mogłyby być trochę lepiej ogrzewane, ale nie przyjechałem tam, by zażyć tak zwanego wywczasu.


Z okien widziałem kominy elektrowni. Wcześniej zjadłem kolację, za dość wygórowaną cenę – są lokale, gdzie za ziemniaki („po krakowsku”, to znaczy – z mrożonki) i surówkę nie płaci się oddzielnie, ale niech im będzie. Kładąc się spać, po poradzeniu sobie z nagłym odczynem alergicznym w postaci puchnących do rozmiarów węgierek spojówek, pomyślałem sobie – skoro już tu jestem i odpuściłem nabór do Radia, to warto chociaż zrobić swoje. I wykorzystać szansę, o ile taka się pojawi… co bywało rzadkie w moim wykonaniu.


Biurowiec TVP Kraków jest oddalony o dwa przystanki autobusowe. Sąsiaduje z M1, zaskakująco obleganym jak na czwartkowy poranek. Spotykam w nim K.Ż. i resztę uczestników. Stres oczywiście jest, ale jakiś taki odległy. Abstrakcyjny.

Regulamin.

Umowa.

Duplikaty.

Dokumenty.

Podpis.

Podpis.

Podpis.

Podpis.

Identyfikator.

Rozmowa z rezerwowym uczestnikiem o czytanej przeze mnie książce.

Depozyt.

Make up.

Studio.

Fotel.

Eliminacje.

Porażka.

Drugie eliminacje.

„Mam przeczucie, że teraz pańska kolej”.

Kurtuazja z mojej strony.

Pytanie. Moment zawahania.

Tablica z wynikami.

„N.N., Białystok”.

O mój Boże.

Podłączają mi mikrofon, poprawiają puder. Siostra i mama wyglądają na nie mniej przejęte ode mnie. Obsługa jest bardzo miła, kontaktowa, rozmowna. Rozluźnia. Nie licząc wpadki na początku, cały stres zostawiłem na widowni. Światła, muzyka, monitor… z perspektywy gracza robią jeszcze większe wrażenie niż oglądane sprzed ekranu TV. Hubert jest bardzo sympatyczny i fajnie się z nim rozmawia. Fotel – bardzo wygodny, Nestea w kubku – słodka i zimna.

Wyjąłem w „Milionerach” 40 tysięcy złotych, na dobrą sprawę dotarło to do mnie następnego dnia, po pobudce w zimnym wagonie sypialnym o 5 rano. Po tylu latach przejazdów odpychająca Warszawa Centralna jest już oswojona i 2,5h oczekiwania nie przeraża.

Reakcje znajomych utwierdziły mnie jeszcze bardziej w poczuciu, że mam fajnych przyjaciół.

Studio po nagraniu.

***

Wyjazd z Białegostoku odbyłem w sąsiedztwie kibiców Jagiellonii, udających się do Warszawy na Puchar Polski. Nie uważam, żeby wysyłanie obstawy policyjnej przez całe województwo było konieczne, a już z pewnością nie było opłacalne. Jak widać, Rzeczpospolita jest bogatym krajem; przynajmniej obyło się bez zgrzytów.

Na Wschodnim, ekipę przejmuje mazowiecka prewencja – zacięte, agresywne gęby, liczebnie kilka razy przewyższający szalikowców. Stoją na peronie z odbezpieczonymi shotgunami, dumnie wspartymi o pierś zakutą w kevlar. Legitymują. Pociąg ma 20 minut nieoczekiwanego postoju.


I co, ważni jesteście? Chłopaki przyjechali obejrzeć mecz.

Następna strona »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.