Słuchamy.

4 dni. 3 środki lokomocji. Dwa miasta. Pięciu Frontowców. Dwie dawno niewidziane koleżanki… genialny weekend w Poznaniu.
Wyjeżdżam w czwartek po południu. Przede mną 6,5h podróży ze Starostą (nomen omen). Przedłużające się remonty białostockich ulic o mały włos nie spowodowały, że nie zdążyłbym na umówiony pociąg, ale szczęśliwie wbiegam do przedziału na kilka minut przed odjazdem. Mam ze sobą śpiwór, plecak, piwo, figurki i torbę na ramieniu. Wysiadając, zapomnę śpiwora i prawie zostawię też walizkę z figurkami, a to już byłaby prawdziwa tragedia. Ale to jeszcze nie teraz. Na razie przysypiam, aż do kontroli biletów za Szepietowem.
Wybity ze snu, chowam podstemplowany –w Wielkopolsce powiedzieliby: podbity –bilet do kieszeni. Moi współpasażerowie rozkręcają się z minuty na minutę. Rozmawiamy o Jagiellonii, drogach w Europie, o ciężkim losie i wysokich zarobkach kierowców tirów, o samochodach, również o życiu studenckim Pana siedzącego najbliżej drzwi. Rozmówcy wyglądają tak, jak powinni wyglądać pasażerowie pociągów, wchodzący w podobne gadki: po 40tce, niektórzy z wąsami. Wydatne beercepsy i fryzury a’la późny Kazimierz Deyna.
W Warszawie wsiada Paweł. Ekwipunek ma dość podobny, nie licząc miłego bonusu: piwa i kolacji z McDonald’s. Kapsle lecą pod siedzenia, gadamy, wychodzimy na korytarz.
Poznań. Absolutnie się nie dziwię, że PKP planuje postawić nowy dworzec kolejowy na miejscu starego; z każdym kolejnym dniem jest to temu miastu coraz bardziej potrzebne.
Po lewej widzimy Międzynarodowe Targi Poznańskie, gdzie już pojutrze odbędzie się PGA. Na razie szukamy taryfy – szybki rzut oka na cenniki potwierdza słowa Justyny, że ci pod dworcem przycinają bezwstydnie; decydujemy się zamówić transport telefonicznie.
Dopiero trzeci numer, wybrany przez nas, okazuje się poprawny. Po 5 minutach jest nasz kierowca, w samą porę, by móc bez większych wyrzutów sumienia spławić miłośnika taniego wina, który się do nas przyczepił.
Jesteśmy u Justyny. Dawno się nie widzieliśmy, jest o czym gadać i czym uczcić spotkanie. Po chwili dołączają jej współlokatorzy i robi się sympatycznie. Wychodzimy na stację po wino „Don Kichot”; Przepraszam, czy aby z La Manczy? – Nie mam pojęcia, proszę Pana.
Pobudka jest bolesna, ale trzeba wyjść o przyzwoitej porze; miasto wszak czeka. A w mieście czeka Olka, nasza kolejna przewodniczka. Udajemy się na przystanek PeSTki, po drodze podziwiamy galerię Poznań Plaza, której architekt chyba przedawkował LSD w procesie tworzenia.
Za Starym Browarem jest już Olka. Z daleka pozdrawiam ją starym, licealnym gestem i idziemy we trójkę do baru mlecznego, gdzie jem naleśniki meksykańskie z kiszonymi ogórkami. W pubie „Proletaryat” dołącza Justyna, która właśnie skończyła zajęcia.
Centrum Poznania to naprawdę nic specjalnego; owszem, jest Starówka, jest Rynek, jest Ratusz, ale wszystko to strasznie szare i zaniedbane. Sprawia przygnębiające wrażenie i nie zachęca do przebywania tam. Rynek nie jest za duży i jestem pewien, że białostocki po przebudowie nie będzie mu ustępował.
Powoli kończymy wycieczkę, jeszcze tylko Stary Browar, gdzie kupuję rogale marcińskie (pycha!), które będę wiózł w torbie już do końca pobytu. Centrum handlowe jest naprawdę imponujące, zwłaszcza z zewnątrz. Różnica między Alfą, a Browarem, jest mniej więcej taka, jak pomiędzy Jagiellonią a Lechem, nic nie ujmując mojej ukochanej drużynie.
Czas na obiad u Justyny, przed którym prezentuję nowatorską metodę obierania cukinii, ale rehabilituję się gotując makaron. Bagaże w dłoń i do Leśnika!
Leśnik mieszka na Jeżycach. Wejście do kamienicy podtrzymują dwa drewniane bale. Klimat.
Gospodarz to równy chłop i gadka z nim należy do przyjemności. Niedługo później zaczynają się schodzić battlowcy – Legionowo, Warszawa, a na końcu wejście smoka robi reszta chłopaków z Białegostoku. Robimy zakupy i rozpoczynamy zaprawę przed turniejem. Oczywiście, już wszyscy wiedzą, gdzie wystąpiłem i ile wygrałem, ale reakcje są bardzo miłe.
Gospodarze mają zamiłowanie do hodowli zwierząt. W salonie jest terrarium z ptasznikiem, a w pokoju, w którym piliśmy, jak się okazało, pudło z pytonem. Nie jestem w stanie się przełamać i zrobić sobie zdjęcia z którymkolwiek z nich.
O 9 rano jesteśmy już na PGA i zaczynamy bitwy. Bitwy jak bitwy, wyniki też tradycyjnie słabe, ale konwent miażdży i nie bierze jeńców. Po raz pierwszy w Polsce byłem na evencie tej skali i klasy. Wystawcy wyraźnie traktują polski rynek coraz poważniej i tak być powinno. Międzynarodowe Targi Poznańskie to wymarzone miejsce do organizacji takiej imprezy – przestrzeń, położenie w centrum miasta, profesjonalizm! Jestem urzeczony.
Współczułem hostessom. Z pewnością dobrze im płacą i nikt ich nie zmuszał do wzięcia akurat tego zlecenia, ale starcie z pryszczatymi, długowłosymi nerdami nie musiało być przyjemne. Do tego uściski, fotografie, filmiki; podziwiam cierpliwość. Z ciekawostek – jedna firma wynajęła nawet Murzynki, a Microsoft na koniec imprezy zafundował pokaz tańca w klatce, w scenerii obficie ściekającej na parkiet śliny. Zresztą, to właśnie ta firma zatrudniła najlepiej rozebrane hostessy, co wpisuje się najwyraźniej w ich strategię marketingową.
Nocleg w akademiku, mała impreza z Warszawą i Pomorzem, a potem spotkanie pierwszego stopnia z wędrownym senseiem, (wice)mistrzem boksu, który zawodówkę skończył w wieku 12 lat, jak wynikło z naszych obliczeń. Polecał nam film nakręcony w XVIII w. przez mnichów Shaolin, na którym pokazują 133 sposoby na zabicie człowieka (jak zapewniał, “autentycznie sfingowany”), ale nie skorzystaliśmy z zaproszenia. Chodziło mu chyba o hałasy, ale pewności nie mamy, w każdym razie śmiechu z niego było co niemiara – a najwięcej z tego, że się nawet specjalnie nie zorientował w tym.
W niedzielę kończymy turniej. Udaje mi się złapać Szamana i Szyndlera, co być może zaowocuje współpracą w Białymstoku, ale nie dzielmy skóry na niedźwiedziu. Czas na zdjęcia, wyniki i puchary. Dziękujemy Strefie Zero i udajemy się na Jeżyce, gdzie czeka już zaparkowany Daewoo Matiz Karola. Po załadowaniu, mamy problem nawet z ułożeniem rąk, a przed nami 500 km w samochodzie wypchanym po sam dach. Przy wjeździe na autostradę zaczynam odbierać smsy, właśnie trwa emisja mojego odcinka. Dzięki, kochani jesteście :*
W Białymstoku jestem o 2:30 w nocy. Wykończony, ale szczęśliwy. Oddając głos Pawłowi: te 4 dni były genialne, a teraz czas na powrót do szarej rzeczywistości. Ale też, z drugiej strony, jeśli już się teleportować na tak długi czas do innego świata, gdzie boli głowa, chodzą ptaszniki, pełzają pytony, a za rogiem czają się wicemistrzowie boksu – to tylko w tym składzie.